piątek, 7 listopada 2014

Monte Baldo, Malcesine

Kolejne spostrzeżenie jakie mam po kilku dniach we Włoszech to wrażenie jakby czas się zatrzymał. Coś takiego jak zegarek lub kalendarz jest tutaj zbędne. Traci się totalnie rachubę czasu i mijających dni.

W planie na dziś były dwa okoliczne miasteczka - Sirmione i Desende. Ale w ostatniej chwili zostały zmienione, gdy okazało się że przyjechali nasi znajomi z Polski i wybierają się na Monte Baldo. W jednej chwili postanawiamy ze jedziemy z nimi. Okazji takiej może nie być, bo naszym autem boimy się ruszać dalej w góry.

Jechaliśmy górzystymi drogami, z pięknymi widokami. Przekonałam się też po raz kolejny że nawigacja to tylko urządzenie, które nie bierze pod uwagę rozmaitych zmiennych i niekoniecznie jest nas w stanie w całości dowieść na miejsce. Jechaliśmy cały czas zgodnie z jej wytycznymi choć droga stawała się coraz bardziej wąska i kręta, aż w końcu dojechaliśmy do wąskiego tunelu i pewnie starszy Włoch uświadomił nam że tym autem nie damy rady się zmieścić. Nie udało się przejechać, ale za to widoki były cudne. Miasteczko z wąskimi drogami, z dala od turystów...

Celem naszej podróży było Monte Baldo, więc jechaliśmy dalej i w końcu dotarliśmy. Bilet za bagatela 20 euro kupuje się bardzo szybko, ale stanie w kolejce już trochę zajęło czasu. Widoki cudowne, nie mogłam doczekać się kiedy staniemy na szczycie. A tam niespodzianka, cały widok który jeszcze chwilę wcześniej widzieliśmy z kabiny zasłoniły olbrzymi e chmury i mgła. Widoczność spadał do 1 metra, zrobiło się zimno (9c) i mało przyjemnie. Zuza zmarzła i zgłodniała, więc wróciliśmy do punktu przy kolejce i zamówiliśmy pizzę by się rozgrzać i najeść. Nasi znajomi w tym czasie stanęli do kolejki powrotnej, bo była gigantyczna. Zamówiłam margarite (6e) i znowu było czekanie. Ledwo zdążyliśmy dołączyć do znajomych, tak długo to zajęło. Ale pizza była przepyszna-ser doskonale roztapiał się na pysznym cieście. Mniam. Strasznie żałuję że nie widzieliśmy tych widoków bo zapowiadało się magicznie. Zjechaliśmy więc w dół i poszliśmy pozwiedzać miasteczko. Jest malutkie, urocze i romantyczne. Krążyliśmy wśród uliczek, zrywaliśmy limonki z drzewa (zapach obłędny), znaleźliśmy dom Goethego i drzewo wyrastające w domu :)






















 

 

















 


 


 

 


 







Tak bym chciała w pamięci zostawić te obrazy i atmosferę danego miejsca, ale patrząc na zdjęcia to jestem rozczarowana. Nie oddają one w ogóle tego co widzę i czuję :( Marny ze mnie fotograf :(

Verona

Ranek był standarwoy. Śniadanko, kawa na tarasie i plażowanie. Woda zimna i w basenie i w jeziorze. Mała chciała w niej siedzieć cały czas, ale zimno zwycięza i dziś zamacza tylko palce u nóg.

Po południu jedziemy do Werony, omijając autostradę i jadą lokalnymi drogami, wśród całej masy winnic. W weronie bez problemu trafiamy na parking - zdecydowaliśmy się na płatny blisko centrum ( Parking Arena za 4 h - 9,5 euro). Potem lecimy zobaczyć koloseum i wykupić Verona Kard (15 E za jedną). W weronie myslałam że tylko taras Julii i koloseum jest atrakcją, ale myliłam się. Na każdym kroku jest coś wartego zobaczenia. Mnie urzekły uliczki i widok z wieży, a Kamila urzekła klasyka - koloseum i taras Julii. A Zuza najbardziej była przejęta głowami, które wyrasłaay z co drugiej kamienicy i zdobiły balkony.



























 












 


Camping Bella Italia

Na eurocampie można wypożyczyć kajaki i sobie popływać więc skorzystaliśmy z okazji i urządziliśmy sobie podróż po jeziorze. Bałam się najbardziej, bo kajak się ciągle kołysał i fale go bujały, ale pozostałe osoby dawały radę :)